Kościelne drzwi, które znałam do tej pory, były zupełnie inne. Wielkie, drewniane, ciężkie, skrzypiące (dzięki temu, wiadomo było, że ktoś się spóźnił na mszę :)). Tamte drzwi kojarzą mi się z jesienią, z różańcem w październiku, zapachem świec, szukaniem wzrokiem chłopaków z klasy, i srogim wzrokiem katechetki. Budzą grozę, ale nie wiem, czy to przyjemne uczucie.
A te, które mijam w Warszawie, są trochę jak z supermarketu, nie budzą grozy, ale i nie pachną ani jesienią, ani różańcem, ani świecami. A może już nie dla mnie?:)
Drzwi znajdziecie przy ulicy Domaniewskiej (skrzyżowanie z Alejami Niepodległości).